Od kilku lat jednym z moich marzeń było spotkanie twarzą w twarz z zorzą polarną.
Według ankiety przeprowadzonej przez Lonely Planet aż 60% respondentów marzy o wyprawie do północnej Norwegii by zobaczyć zorzę polarną. Pierwszą swoją podróż odbyłem rok temu, lecz dopiero w tym roku udało mi się zobaczyć to niezwykłe zjawisko.
Przygotowania do wyprawy 'Aurora borealis hunting' rozpoczęliśmy w listopadzie 2013 roku od zakupu biletów lotniczych na trasie Gdańsk - Oslo (Rygge) - Gdańsk, które wyniosły nas 48zł. W następnych miesiącach dokonaliśmy rezerwacji pociągu. Przejazd Rygge - Rokland - Rygge kosztował 598 NOK (ok. 310zł) i noclegów na campingu Nordnes Camp & Bygdesenter ( 3 noclegi = 1800 NOK).
Podróż (moja, Pauliny i Mateusza) rozpoczęła się czwartkowym wieczorem 30 stycznia 2014. Z lekkim poślizgiem udało nam się wyruszyć do Gdańska kilka minut po 20. Niestety pogoda dla kierowcy (czyli mnie) nie była zbyt łaskawa. Wiatr nawiewający śnieg z pól na otwartych przestrzeniach, pługi śnieżne w rowach, czasem sceny iście z horroru, ale cali i zdrowi dotarliśmy na miejsce. Dzięki opublikowanemu kodowi przez Airbnb udało się zarezerwować nocleg za 0 zł 0 groszy tuż obok kościoła Mariackiego.
Następnego dnia wczesna pobudka i kierunek lotnisko. Po drodze dołączył do nas Kamil (http://gotujebochce.blogspot.com), znajomy z podróży na słoneczną Sardynię, a na lotnisku nieznane nam wcześniej dziewczyny (Ilona i Weronika). Ostatnie sprawdzanie bagaży, odprawa i ‘Bye bye' Poland, welcome Nowary!’.

Przystanek numer 1: Oslo Moss Lufthavn Rygge.
Norwegia przywitała nas opadami śniegu i zaspami po kolana. Lot był dopiero początkiem podróży na północ bowiem czekała nas jeszcze jazda pociągiem, małe
30 godzin.
Kolejny przystanek: Sentralstasjon Oslo.
Z racji tego, że pociąg do Trondheim mieliśmy dopiero o 22.56 pozwoliliśmy sobie na zwiedzanie. Tuż przy dworcu znajduje się niezwykłe dzieło norweskiej architektury powstałe z marmuru i szkła, Opera. Grzechem byłoby jej nie zobaczyć. Rzeczywiście jest symbolem współczesnej architektury, genialna.

Kolejne punkty zwiedzania to ratusz, centrum pokojowej nagrody Nobla, pałac królewski. Niewiele, ale jak na warunki pogodowe wystarczająco. Po dwóch godzinach (może trochę więcej) spacerowania marzyliśmy tylko o kubku gorącej herbaty, a gdzie tu do odjazdu pociągu! Czas nieubłaganie się dłużył. Gdy w końcu wybiła godzina zero uradowani wsiedliśmy do pociągu mającego dowieźć nas do Trondheim, gdzie czekała nas już docelowa przesiadka, kierunek Bodo.

Noc minęła spokojnie i całkiem szybko, a świt przywitał pięknym widokiem zza okna. Wschód słońca w połączeniu z fiordami, coś niesamowitego, aż chciało się zatrzymać na chwilę i nacieszyć duszę tym pięknem. Przez chwilę byliśmy lekko zdziwieni gdyż im dalej na północ przemieszczał się pociąg tym śniegu ubywało. Pociąg ciągle pokonywał tunele, zakręty, jechał tuż przy wodzie, nie doświadczysz tego jadąc Polską koleją. Podróż jak i cały wyjazd urozmaicaliśmy sobie różnymi grami karcianym, zespołowymi w których można było sprawdzić swoją wiedzę. Lekko przerażeni obniżającą się temperaturą powietrza (w ciągu zaledwie 30 minut spadła z -4˚C do -12˚C) przekraczając granicę koła podbiegunowego zbliżaliśmy się do celu. Po godzinie 16 dotarliśmy do naszego końcowego przystanku, Røkland.
Ze stacji (z racji tego, że była oddalona o 6 km od campingu) odebrał nas właściciel campingu na którym mieliśmy spędzić następne 3 dni, Tommy. Samochodem, z prędkością 100km/h, po oblodzonej drodze krajowej dowiózł nas pod same drzwi wynajętego domku. Poinformował również, że obecnie ma dwie grupy z Polski, które dziś wieczorem wyjeżdżają, a jak dotąd nie widziały zorzy. Zaznaczył, że w ciągu dnia pogoda była bardzo dobra i że istnieje duże prawdopodobieństwo, że zorza zaszczyci nas dziś swoją obecnością.
Tak też się stało. Początkowo niechętnie, ale ukazała się. Z aparatami w ręku pobiegliśmy na pobliską polanę, gdzie było znacznie mniej światła, a tym samym warunki do oglądania tego zjawiska lepsze. Wszyscy byli pod ogromnym wrażeniem, a jej piękno zaparło dech w piersiach. Udało zrobić się nawet kilka zdjęć.Pełni entuzjazmu wróciliśmy na camping. Szczęśliwi wypiliśmy toast za zorzę, rozluźniliśmy się i pozwoliliśmy sobie na chwilę relaksu ciągle kontrolując sytuację za oknem i posługując się aplikacją Auroral Forecast. W pewnym momencie jedno z nas zauważyło kogoś biegnącego z aparatem. Otworzyliśmy drzwi domku i okazało się, że kolejny spektakl zaczął rozgrywać się tuż nad naszym dachem, o mało, a byśmy go przegapili! W pośpiechu zakładając kurtki, chwytając aparaty i statywy wybiegliśmy na zewnątrz. Tym razem zorza była znacznie silniejsza. Wychodziła to z prawej, to z lewej strony tuż za górami, przemieszczała się, falowała, coś pięknego! Pozwoliła przez około 5 minut cieszyć się nam swoim widokiem, aż w końcu znikła. Byliśmy prze szczęśliwi, że już pierwszej nocy udało nam się ją zobaczyć! W znakomitych humorach i pełni nadziej na kolejne równie piękne widowisko położyliśmy się spać.
Dzień drugi
Drugi dzień w Røkland przywitał nas słoneczną i stosunkowo ciepłą (było może z -4˚C) pogodą. Po poranku spędzonym na grach i zabawach postanowiliśmy zwiedzić okolicę. W recepcji campingu otrzymaliśmy mapkę z zaznaczonymi ścieżkami prowadzącymi w góry. Z racji tego, że od miesiąca w okolicy nie padał śnieg, jego zalegające hałdy były całe oblodzone, z resztą jak i każda z ulic, ścieżek. Podejście pod górkę było nie lada wyzwaniem, nie obyło się bez upadków, kolejnych siniaków i śmiechu.
Podczas spaceru natrafiliśmy na punkt widokowy z małą chatką w której znajdowały się ławeczki. Idealne miejsce na obserwację zorzy i zdjęcia. I właśnie taki był nasz plan, wrócić tam wieczorem. O ile wchodzenie po oblodzonych wzniesieniach wiązało się jedynie z ćwiczeniem synchronizacji upadków w parach, to schodzenie mogło odbyć się tylko w jeden sposób, zjazd na tyłkach!
Plan powstały podczas wędrówki został zrealizowany. Jak tylko zrobiło się ciemno obserwowaliśmy niebo. Niestety cały czas, a to napływały, a to rozchodziły się chmury. Mimo to wyposażeni w ciepłe ciuchy, latarki, termosy, w tym jeden z wkładką oraz pełni nadziei ruszyliśmy na nocną wyprawę. Mimo iż chmury rozeszły się prawie całkowicie zorzy nie zobaczyliśmy.
Kolejny dzień, kolejne gry i zabawy zespołowe, kolejny spacer tym razem wzdłuż rzeki w kierunku stacji i kolejny zawód bo i tego wieczora zorza stwierdziła, że już dla nas nie zatańczy. Tego dnia narodził się również pomysł, żeby przed wyjazdem spróbować miejscowych specjałów, a mianowicie renifera i łosia.
Wtorek, czas wyjazdu. Chyba nikt z nas nie miał na to ochoty. Wizja powrotu do domu, do szarej rzeczywistości, no i kolejne godziny spędzone w pociągu żadnego z nas nie zadowalała. Zjedliśmy śniadanie, sprzątnęliśmy domek, spakowaliśmy się i poszliśmy do restauracji na wcześniej zamówiony posiłek. Z racji tego, że ceny w Norwegii są kosmiczne jak na nasze, polskie zarobki, zamówiliśmy na czwórkę tylko dwie porcje (cena jednego dania to ok. 200 NOK). Kamil miał nadzieję, że podadzą nam je w postaci steków, jednak dostaliśmy gulasz z ziemniakami, warzywami gotowanymi na parze i konfiturą żurawinową. Oba dania nam smakowały. Łoś był w smaku delikatnie słodki, natomiast renifer bardzo przypominał sarninę, w końcu to ta sama rodzina.

Po posiłku właściciel campingu odwiózł nas na stację i kolejna wielogodzinna podróż przed nami. Najpierw trasa Rokland - Trondheim, z małą przesiadką na mniejszą kolejkę podmiejską, bo lokomotywa poprzedniego pociągu zaczęła się palić. Następnie godzinna przerwa w Trondheim, czas na zakupy, kilka zdjęć. Swoją drogą miasto to wygląda cudnie nocą i warto byłoby kiedyś wrócić tam za dnia. Kolejny pociąg tym razem nocny do Oslo. Po pierwszych 5 minutach było już ciężko znaleźć wygodną pozycje do siedzenia, a co dopiero myśleć o spaniu! 7.04 dworzec centralny w Oslo, trzy godziny oczekiwania i czas na pociąg do Rygge, a stamtąd już tylko dwu godzinny lot i przy zachodzie słońca widocznym zza okna samolotu wylądowaliśmy w Polsce. ‘Welcome at the Gdańsk airport.
Więcej na http://www.podrozowanieuzaleznia.pl/







